Anioł: Gdy straszno i obco…

Czerwiec, „Anioł Stróż” NR 6 (201)

 

A co tam u Janielskich?

Gdy straszno i obco…

W szczęśliwej zwykle rodzinie Janielskich zdarzyło się nieszczęście.
– Na waszych rodziców wpadł samochód. Mama jest w śpiączce, a Tata ma połamane nogi – powiedziała pani Grażynka z domu dziecka. – Na czas pobytu rodziców w szpitalu pojedziecie z moimi podopiecznymi nad morze, bo tam w tym roku spędzamy wakacje. Spakujcie ubrania i potrzebne rzeczy. Jeśli chcecie, to po drodze zajrzymy do Taty, bo do Mamy, niestety, lekarze was nie wpuszczą.

Janielscy wrzucali rzeczy do plecaków, pochlipując głośno. Ale w szpitalu byli dzielni, choć na widok Taty z nogami w gipsie i na wyciągu, bladego i nieruchomego, nogi się pod nimi ugięły.
– Módlcie się zwłaszcza za Mamę i za swojego braciszka w jej brzuchu – wyszeptał Tata, robiąc im kolejno znak krzyża na czołach.

Nad morzem mogłoby być miło, gdyby nie tamte dzieci, które patrzyły na nich dziwnie, nie odzywały się do nich lub burczały na nich. A kiedy Janielscy odmówili modlitwę przed posiłkiem i po nim, śmiały się, a największy pokazał im język.
– Strasznie tu jakoś i obco – szepnęła Magda, gdy po wieczornej modlitwie kładli się spać do obcych łóżek.
– Może tylko dzisiaj? – pocieszył ją Kuba.
Ale następnego dnia, gdy przechodzili obok kościoła i Janielscy przeżegnali się, tamten od długiego jęzora zarechotał, krzywiąc się okropnie, a inni za nim.
– Patrzcie, jakie to świętoszki! Jakie pobożnisie! – wołał. Miała rację Magda – strasznie tu im było i obco. Ale właśnie ta wyśmiana modlitwa im pomagała. Dobrze, że wzięli ze sobą różańce i obrazek z Maryją, która z obrazka patrzyła na nich tak jak Mama. Dzięki temu przynajmniej w swoim pokoju czuli się raźniej. A na tamtych nie chcieli się skarżyć pani Grażynce. Odmawiali więc codziennie różaniec, chociaż tamci słysząc to, pukali do drzwi i wykrzykiwali różne głupstwa. Któregoś dnia właśnie już po modlitwie usłyszeli na korytarzu krzyk. Wystawili z ciekawości nosy zza drzwi. To ten Długi Jęzor tak krzyczał. Pani Grażynka prowadziła go do izolatki, bo chłopak kulał, a z jego kolana sączyła się krew.
– Oj, Maćku, dlaczego właziłeś na to drzewo? – denerwowała się pani Grażynka. Maciek, czyli Długi Jęzor, już nie wyglądał jak łobuz, tylko jak skrzywdzone małe dziecko. Łzy mu płynęły po twarzy. Został w izolatce sam, bo pani Grażynka poszła usypiać maluchy, a jego koledzy o nim zapomnieli. Co jakiś czas jęczał. Janielscy słyszeli go dobrze, bo izolatka była niedaleko.
– Może pójdziemy go pocieszyć? – zaproponowała Magda.

– Pewnie znów wystawi jęzor i wrzaśnie – przestraszyła się Małgosia.
Ale kiedy weszli do izolatki, Maciek nie pokazał języka, tylko się ucieszył.
– Tak mi było smutno samemu – powiedział, gdy ich zobaczył.
– Nigdy nie jesteś sam – zapewnił go Kuba. – Zawsze jest z tobą Pan Bóg,

no i twój Anioł Stróż.
– Wy tak zawsze z tym Panem Bogiem? – spytał Maciek.
– A ty nie? Może dlatego, że nic o Nim nie wiesz, śmieszy cię to, że się modlimy.
– Przepraszam – zaczerwienił się Maciek – trochę o Bogu słyszałem, ale jestem na Niego zły, bo moja mama i mój tata mnie porzucili. Inne dzieciaki też rodzice zostawili w domu dziecka!
Janielscy posmutnieli. To prawda, dzieci z domu dziecka – tak jak oni teraz – tęskniły do swoich mam i tatusiów.
– Możemy pomodlić się za ciebie i za innych tak, jak się modlimy za naszych rodziców – powiedział Kuba.
– Naprawdę chcecie? – Oczy Maćka rozbłysły cieplej.
– Chcemy, chcemy, a może jutro spróbujemy się pomodlić z innymi. Pomożesz nam? Im więcej nas będzie, tym lepiej.
Maciek kiwnął głową i złożył ręce tak jak Kuba. Jąkał się i przypominał sobie „Ojcze nasz”, „Zdrowaś, Maryjo” i „Aniele Boży”.
Na drugi dzień przyszli do izolatki Maćka z obrazem Maryi. Dołączyło do nich kilkoro innych dzieci. Stali wokół łóżka Maćka ze złożonymi rękami, wpatrując się w dobre oczy Maryi i modląc się półgłosem. Janielscy uśmiechali się do siebie, do Maćka i do wszystkich modlących się dzieci i nareszcie poczuli się tu trochę jak w domu. A gdy po południu pani Grażynka powiedziała im, że Mama wybudziła się ze śpiączki, a maleństwu już nic nie zagraża, rozpłakali się jak bobry, ale tym razem już nie z rozpaczy, a z rozpływającego się po sercu szczęścia…

Więcej w najnowszym „Aniele Stróżu” NR 6 (201)





AS czerwiec 2017

AS maj 2017

AS kwiecień 2017

AS marzec 2017

AS luty2017


Szanowni Państwo, pragniemy poinformować, że stosujemy pliki cookies zgodnie z Polityką Cookies.
Korzystanie z tej witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu.OK