Anioł: Z cudowną pomocą

Wrzesień , „Anioł Stróż” NR 8 (203)

 

Matusowe Opowieści

Z cudowną pomocą

Księże Bosko, księże Bosko! – wołał Dominik Savio.

Biegł w kierunku swojego opiekuna tak prędko, że ten przezornie odsunął się z obawy przed zderzeniem.

– Dominiku, gdzie ci tak spieszno? – łagodnie napomniał wychowanka.

– Muszę jechać do domu. Mama bardzo chora – tłumaczył chłopiec, wyrównując oddech. – Proszę o pozwolenie. Na jeden dzień tylko.

– Dostałeś wiadomość z domu? Coś poważnego? – zmartwił się opiekun.

Widząc jednak rosnący niepokój chłopca, nie dopytywał więcej. Wyposażył go w to, co niezbędne w podróży, i odprowadził do bramy, błogosławiąc na drogę.

– Ruszaj, a prędko wracaj – pomachał na pożegnanie.

Nie od dziś znał swego wychowanka, ufał jego natchnieniom. Bo jeśli nie list z domu, to najwyraźniej sam Pan Bóg musiał w tej sprawie dać mu znak, a sądząc po zachowaniu chłopca, sprawa musiała być pilna.

I była. W położonym czterdzieści kilo-

metrów dalej rodzinnym miasteczku Dominika jego ciężarna matka niezwykle cierpiała. Położne, które się nią opiekowały, były bezradne na tyle, że zrozpaczony ojciec, wysupłując ostatnie oszczędności, ruszył do miasteczka po lekarza w nadziei, że on pomoże. I tak syn i ojciec spotkali się na drodze. Przy czym ojciec nie był tym spotkaniem szczególnie ucieszony, bo sądził, że niespodziewana wizyta Dominika może zaszkodzić chorej, a i jemu samemu nie przyniesie żadnego pożytku.

– Mama jest bardzo chora, idę po lekarza, zaczekaj na mnie u babci – polecił synowi.

– Wiem, ojcze, dlatego właśnie do niej muszę pójść.

Żaden z nich nie miał czasu na dłuższe dyskusje, więc pożegnali się w pośpiechu i każdy ruszył w dalszą drogę.

Gdy chłopiec dotarł do domu, lament i narzekania było słychać już od progu.

„Ale przecież jeszcze nikt nie umarł” – pomyślał Dominik i ruszył na górę prosto do sypialni swej matki, nie zważając na protesty położnych.

Nie ma bowiem w zwyczaju, aby młodzi chłopcy wchodzili do pokoju rodzącej kobiety.

– Dominik – mama z lekką przyganą w głosie przywitała syna. – Co ty tu robisz? Idź stąd, synku. Idź.

– Pozwól się tylko uściskać! – zawołał chłopak i nie czekając na zgodę, przytulił delikatnie mamę, coś tam manewrując przy jej szyi.

Zaraz potem pożegnał się i od razu ruszył w drogę powrotną, bo przecież prosił księdza Bosko o pozwolenie opuszczenia oratorium tylko na jeden dzień.

– Dziękuję Ci, Maryjo, żeś pomogła uratować mamę. Dziękuję za Twoją pomoc – szeptał pod nosem Dominik, opuszczając rodzinne miasteczko.

Chwilę później jego matka poczuła się wyraźnie lepiej. Nie odczuwała żadnego bólu, jedynie delikatne kuksańce fikającego koziołki w brzuchu dziecka, które także miało się wyraźnie lepiej. Oprócz tego coś ją delikatnie uwierało w kark i łaskotało w szyję. Sięgnęła ręką i wyczuła tasiemkę, której tam wcześniej nie było. Powiodła ręką wzdłuż niej i natrafiła na kawałek materiału. Zdjęła ostrożnie… Obejrzała. W zagłębieniu materiału był ukryty maleńki wizerunek Matki Bożej.

„Dominik… Szkaplerz… To za jego sprawą to wszystko… – pomyślała z wdzięcznością o synu. – Dziękuję Ci, Maryjo, za mojego syna…, że taki dobry z niego chłopak…”.

 

Gdy jakiś czas później przybył lekarz, na pierwszy rzut oka stwierdził, że pacjentce absolutnie nic nie dolega, i aż lekko się obruszył, że wzywali go na próżno.

Więcej w najnowszym „Aniele Stróżu” NR 8 (203)





     
   
     
     
   
     
     
   
     
     
   
     
     
   
     

Szanowni Państwo, pragniemy poinformować, że stosujemy pliki cookies zgodnie z Polityką Cookies.
Korzystanie z tej witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu.OK