Anioł: Więzienny różaniec

Maj, „Anioł Stróż” NR 5 (200)

Matusowe Opowieści

Więzienny różaniec

Bryczka rytmicznie podskakiwała na przydrożnych kamieniach. Tumany kurzu komplet- nie zasłaniały mijane zabudowania Fatimy i pielgrzymów maszerujących grupkami pod górę. Trójka dzieci, siedząc z tyłu za woźnicą, niespokojnie rozglądała się dookoła. Byli to Łucja, Hiacynta i Franciszek – pastuszkowie, którym na dębie w Cova da Iria objawiała się Matka Boża, prosząc, by często odmawiały różaniec. Mówiła też im o wielu innych sprawach, ale jakich, tego dzieci nikomu nie zdradzały – ani rodzicom, ani księdzu proboszczowi, ani burmistrzowi Ourém, miasteczka położonego nieopodal – choć oczywiście wszyscy byli bardzo ciekawi. Właśnie dzieci wybierały się na kolejne spotkanie z Piękną Panią, jak Ją nazywały, gdy przyjechał burmistrz i oznajmił, że zawiezie je na miejsce. I choć bały się tego człowieka i nie ufały mu, wsiadły do wozu, skoro rodzice się zgodzili.
– To nie tędy, to nie droga do Cova da Iria! – krzyknęła Łucja, gdy bryczka wytoczyła się z Fatimy i skręciła w przeciwnym kierunku.
– Cicho, dziewczyno. Wiem przecież – warknął burmistrz. – Zajedziemy na chwilę do księdza proboszcza. A potem was zawieziemy…
Tylko że i kościół, i plebanię woźnica minął galopem i zatrzymał się dopiero przed Vila Nova de Ourém. Były tu biuro starosty i miejskie więzienie.
– Wysiadać! – krzyknął.
Dzieci zaprowadzono do gabinetu, gdzie burmistrz po raz kolejny wypytywał je o postać, która ukazywała im się na dębie w Cova da Iria, i o to, co im powiedziała. I czy na pewno widziały Matkę Bożą? Czy przypadkiem sobie tego nie wymyśliły?
Dzieci natomiast opuściły głowy, jak to miały w zwyczaju, gdy ktoś próbował je zmusić do wyjawienia tajemnicy, którą w ich sercach złożyła Matka Boża.
– Mówcie – denerwował się burmistrz. – Milczycie? Świetnie! Zaprowadzić ich do więzienia i zamknąć w celi z największymi bandziorami – rozkazał strażnikowi.
Co ten bez mrugnięcia okiem uczynił, choć wiedział, że niektórzy z osadzonych tam ludzi byli niebezpieczni i małym dzieciom z łatwością mogliby zrobić krzywdę. Rozumiał też bowiem, jak ryzykowne jest kwestionowanie poleceń przełożonego.
– Teraz mi, ptaszki, wszystko wyśpiewacie – zaśmiał się szy-derczo burmistrz, gdy stanął po drugiej stronie zakratowanych drzwi. Widział, że się boją i że Hiacynta płacze. – Będziecie tu siedzieć, dopóki nie powiecie mi wszystkiego, albo już nigdy nie zobaczycie rodziców. Rozumiecie? – uśmiechnął się krzywo.
Otrzepał niewidzialny pyłek z poły marynarki i ruszył schodami pod górę, pogwizdując skoczną melodię.
W celi zaległa cisza, przerywana tylko pochlipywaniem dzieci. W półmroku, jaki tu panował, niewiele było widać, ale sześć par oczu przyglądało im się uważnie spod krzaczastych brwi. Jedna para zamrugała i zmieniła wyraz na bardziej serdeczny.
– Coście za jedni? Cóżeście zrobili burmistrzowi, że taki rozeźlony? – zapytał kudłaty mężczyzna.
Dzieci przestały płakać. Przedstawiły się, opowiedziały o zdarzeniach minionego poranka, o Matce Bożej i o tym, że już pewnie nigdy nie zobaczą rodziców, bo prze- cież tajemnicy nie zdradzą. Sześć par oczu patrzyło na nie w zdumieniu i z rosnącą życzliwością. Hiacynta zdjęła z szyi medalik z wizerunkiem Matki Bożej. Podeszła do drągala, który siedział na końcu ławki.
– Czy może go pan zawiesić tam? – pokazała gwóźdź wystający znad framugi okiennej.
Zmarszczył brwi, jakby nie rozumiał, czego od niego chce, ale wstał i zawiesił łańcuszek na gwoździu. Dzieci uklękły i zaczęły odmawiać różaniec – głośno, rytmicznie, melodyjnie. Więźniowie klękali, aby modlić się z dziećmi. I tylko jednemu z nich Franciszek musiał przypomnieć, że nie wypada mieć wtedy na głowie czapki.
Następnego ranka burmistrz rozeźlony tym, że dzieci ani trochę nie skruszały w więzieniu, zabrał je na kolejne przesłuchanie.
– Nasza Pani powiedziała, że nie powinniśmy się tym z nikim dzielić – odpowiadały dzieci na niemal każde jego pytanie.
– Więc każę was usmażyć. W oleju! – ryknął. – Strażnik, przygotować kocioł…
Wyprowadzono najpierw Hiacyntę, potem Franciszka, na końcu Łucję. Ale nawet wtedy – przerażeni – czekając na to, co się wydarzy, nie ugięli się. Żadne nie wyjawiło tajemnicy, by ratować życie i uniknąć cierpień. Modlili się natomiast żarliwie za siebie nawzajem.
Burmistrz groźby oczywiście nie spełnił, choć porządnie dzieci nastraszył. Wreszcie, niczego nie wskórawszy, kazał wypuścić je na wolność.

Więcej w najnowszym „Aniele Stróżu” NR 5 (200)





     
   
     
     
   
     
     
   
     
     
   
     
     
   
     

Szanowni Państwo, pragniemy poinformować, że stosujemy pliki cookies zgodnie z Polityką Cookies.
Korzystanie z tej witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu.OK